03. F a u s t
Tadaam! Uff, w końcu kończyłam.
Zwykle bywa tak, że tylko przepisuję do Worda to, co wcześniej zaskrobałam w swoim zeszyciku, ale okazało się, że tak namotałam sprawę z Faustem, że trzeba było wszystko rozplątać i większość napisać od nowa. W obliczu tak trudnego zadania, Wen się przestraszył i zwiał do kąta. Siłą go z tamtąd wyciągnęłam i zmusiłam do współpracy. Nie wiem, co z tego wyszło.
Dedykowane Clean, która tyle musiała się naczekać na ten rodział.
Wstałam z samego rana, cała obolała od spania na jednym boku. Nic mi się nie chciało.
Wychodząc z pokoju omal nie staranowałam Miszy, który koczował przy drzwiach. Uciekł z nastroszonym ogonem i zniknął w łazience. Zeszłam do kuchni by skonsultować się z lodówką w sprawie śniadania, ale nic ciekawego tam nie zobaczyłam, więc sięgnęłam po jajka oraz pomidory i usmażyłam jajecznicę.
Dokładnie o siódmej czterdzieści w oknie ukazała się twarz Buby. Zignorowałam ją, myśląc, że to jakieś senne przewidzenie, ale kiedy twarz nie zniknęła i w dodatku zaczęła krzyczeć, że jestem ignorantka i że co ja sobie wyobrażam, stwierdziłam że to niestety rzeczywistość i poszłam otworzyć drzwi.
- Oszalałaś, czy co? – Buba powitała mnie oburzonym spojrzeniem.
- Jem śniadanie – pomachałam widelcem z nabitym na niego kawałkiem jajecznicy. – Wcześniej nie dało się przyjść?
- Rękawiczek wczoraj zapomniałam wziąć - zajrzała so szuflady i wyjęła z niej parę brązowych rękawiczek. – No i zimno mi było.
Zamiast powiedzieć Bubie, co tak naprawdę myślę o porannym nagabywaniu mojej osoby, wzruszyłam tylko ramionami i wróciłam do kuchni, gdzie stygło mi śniadanie. Buba podążyła za mną, uszczęśliwiona ponownym zjednoczeniem ze swoimi rękawiczkami. Gdyby miała choć miligram w tej swojej jasnej czuprynie, to czym prędzej popędziłaby do domu i jeszcze przeprosiła za tę wczesną wizytę. Ale Buba najwyraźniej wzięła mój zrezygnowany wyraz twarzy za oznakę radości z powodu jej wizyty i stwierdziła, że skoro ja się tak cieszę, to ona jeszcze zostanie, a co tam!
- Chcesz mi jeszcze coś powiedzieć? – łypnęłam na nią znad talerza.
- Och! – Krzyknęła Buba, jakby właśnie sobie o czymś przypomniała. Może o tym, że jest tak wcześnie i że ja chcę spokojnie zjeść śniadanie, a skoro ona ma rękawiczki, czyli to, po co przyszła, to należy wrócić do domu. Nadzieja to matka głupich. – Mogę u ciebie trochę posiedzieć?
- Nie – powiedziałam. Nie interesowało mnie, jakie to znowu Buba ma problemy z rodzicami, że musi się u mnie ukrywać. Ja chciałam mieć dzisiaj spokój, ten jeden raz. Poza tym mam malować i jęcząca, nieszczęśliwa Buba to ostatnia rzecz jakiej potrzebowałam. – Idź do domu.
Szok Buby był nieporównywalny z żadnym innym wstrząsem emocjonalnym, jakiego doznał człowiek w ciągu kilkutysięcznego panowania nad planetą. Tyle razy przygarniałam ją pod swój dach i teraz, tak po prostu odmówiłam? Jaką skończoną egoistką musiałam być, by dla kilku chwil osobistego szczęścia skazywać ją na nieszczęśliwą tułaczkę? Pewnie pomyślała, że to jakiś żart, ale kiedy wciąż patrzyłam na nią wymownie, pojęła chyba, że to jest ten moment, kiedy trzeba się obrazić i wyjść, koniecznie trzaskając drzwiami. I tak też zrobiła. Zostałam sama w murowanej kuchni i w końcu mogłam się cieszyć spokojem niedzielnego poranka.
Tatę spotkałam gdzieś między dwunastą w południe, a pierwszą po południu, kiedy ja już byłam nieźle upaćkana farbą i miałam pełno ciemnozielonych piegów na nosie i policzkach. Wpadł do domu, wbiegł schodami na górę i zaczął demolować swoją sypialnię, a przynajmniej tak mi się zdawało. Odłożyłam pędzel, wyłączyłam radio, które stało w kącie i wesoło przygrywało i poszłam, sprawdzić, co się dzieje.
Tata zwariował. Wszelkie szafki, szuflady i komody były pootwierane, a on miotał się między nimi a łóżkiem, na którym leżała spora walizka. Przez chwilę stałam w progu i przyglądałam się w milczeniu temu szaleństwu, ale nie wytrzymałam i spytałam:
- Tato, co ty robisz?
- Jadę na urlop – odparł. Zapiął torbę i odwrócił się, by na mnie spojrzeć. – Muszę odpocząć, przemyśleć wszystko.
- Ale po co ten pośpiech, tato? – Nagle uderzyła mnie pewna myśl. – Czy to przez mamę? Przysłała jakąś wiadomość?
Tata upuścił parę klapek, które trzymał w dłoniach. Spadły na podłogę z głuchym plaskiem. Wystarczyło jedno spojrzenie na jego sfrustrowaną, przestraszoną twarz, by stwierdzić, że trafiłam w dziesiątkę. Więc mama się odezwała… To dziwne, zazwyczaj pisze raz na dwa, trzy miesiące i zamieszcza na kartkach to samo, proste zdanie „Nic mi nie jest”, jakby myślała, że my tu codziennie się o nią martwimy. Co takiego musiała napisać, że wytrąciła Tatę z równowagi? Nie mogło to być byle co, zważywszy na fakt, że Tata był człowiekiem spokojnym, zazwyczaj odpornym na nagłe zmiany nastrojów. Już miałam zapytać się go, co to była za wiadomość, kiedy jednocześnie odezwały się dzwonek do drzwi i telefon komórkowy Taty.
- Pójdę otworzyć – mruknęłam i zeszłam na dół.
To pewnie była Buba. Zapomniała butów wziąć i teraz stopy jej marzną albo twierdziła, że za krótko mnie dzisiaj molestowała, więc skoro ma wyrobić swoją dniówkę, to musi się pośpieszyć. Ale to nie była Buba. Za drzwiami chowała się Osobliwość w rozpiętej białej koszuli, nałożonej na nią czarnej kamizelce, dziwnych, pompiastych bermudach i jeszcze dziwniejszych butach do kolan. Osobliwość uśmiechał się tak radośnie, jakby właśnie odkrył cały stos prezentów pod Choinką.
- O co chodzi? – spytałam taksując wzrokiem Osobliwość.
Jehowy? Niee, Jehowi tak nie wyglądają. Przypatrzyłam się dokładnie Osobliwości, jego roztrzepanym, ciemnym włosom, zielonym oczom, które śmiały się do mnie z chłopięcej twarzy i ogólnie całej jego osobie. Osobliwość nic nie powiedział, tylko stał jak stał i dalej uśmiechał się jak największy idiota na świecie. I nie powiedział nic. Kiedy już chciałam zamykać drzwi, bo wszystko wskazywało na to, że niczego się od tego dziwaka nie dowiem, a w dodatku zaczęło mi burczeć w brzuchu, Osobliwość chyba olśniło i przypomniał sobie, po co tu stoi pod drzwiami.
- Ja od życzenia.
Już wolałam, jak nic nie mówił. Z żalem pomyślałam o pysznym serku waniliowym, czekającym na mnie w lodówce. Zamknięcie Osobowości drzwi przed nosem teraz, kiedy w końcu się odezwał byłoby wysoce niegrzeczne. Trzeba było improwizować.
- Ale od jakiego życzenia? – spytałam. Nagle poczułam się jak skończona idiotka. Jakiego życzenia? Pewnie tego do Świętego Mikołaja z mojego zeszłorocznego listu, który napisałam tylko po to, by poprawić sobie humor.
- Twojego – odpowiedział Osobliwość z szerokim uśmiechem.
Myślałam, że się rozpłaczę. Boże, co ja takiego zrobiłam, jakie przestępstwo popełniłam, że pokarałeś nie tym dziwolągiem? Byłam wczoraj niemiła dla ludzi w kolejce, to prawda, ale każdemu to się zdarza, nie jest to wystarczający powód, by się na mnie mścić.
- Och, naprawdę? – oparłam się o framugę i zrobiłam zdziwioną minę. Improwizuj, Damroka, improwizuj. Może jak zrobisz z siebie teraidiotkę, to sobie daruje.
- Mhm – Osobistość pokiwał głową. – Wypowiedziane wczoraj o dwudziestej trzeciej trzynaście, na tej werandzie, w towarzystwie Agnieszki Młynarczyk.
- Jesteś z CIA? – Jakoś wyrwało mi się to pytanie. Przepraszam.
- Nie, z Nieba.
Ależ to przecież lepiej, znacznie lepiej, prawda? Z Nieba. Co za ulga.
- Wiesz co, sorry, ale ja nie mam czasu na wygłupy – poddałam się i zamknęłam drzwi.
Poszłam do lodówki, wyjęłam serek, wzięłam łyżeczkę i poszłam na górę, wznowić nagle przerwaną rozmowę z Tatą. Już nie krzątał się jak opętany, tylko siedział na łóżku ze spuszczoną głową, wpatrując się na trzymany w ręku telefon. Odstawiłam serek na komodę i usiadłam obok Taty.
- Co się stało? – położyłam dłoń na jego ramieniu. – Dlaczego mi nie powiesz?
Tak jak sądziłam, westchnął tylko i pokręcił głową. Dlaczego nigdy nie mógł porozmawiać ze mną o mamie? Nie byłam dzieckiem, nie miałam sześciu lat, nie byłam już tą małą, załamaną, płaczącą Damroką, byłam dorosła, a on wciąż chronił mnie przed poznaniem prawdy o mamie, jakakolwiek ona by była. Kochanek, mafia, śmiertelna choroba… cokolwiek by to było, chciałam o tym wiedzieć, a nie tak jak Tata udawać, że nie ma problemu, że dawno o wszystkim zapomnieliśmy, choć to nieprawda.
Wstał, włożył do walizki klapki, które wcześniej upuścił i zamknął ją. Na komodzie, tuż obok mojego serka, położył płaską, białą kopertę.
- W środku jest karta bankomatowa do twojego konta – powiedział. – Muszę pojechać na kilka dni do Brukseli, stamtąd polecę na urlop – podszedł do mnie i mocno przytulił. – Wrócę za dwa tygodnie. Nie martw się – dodał, przywołując na twarz wymuszony, smutny uśmiech.
Wyszedł z pokoju, pozostawiając mnie siedzącą na łóżku. Na policzku został mi ślad po jego łzach. Nawet nie zauważyłam, że płakał. Cóż, z pewnością nie wył tak jak ta w chwilach słabości. Podniosłam się i wzięłam z komody kopertę. W środku rzeczywiście była karta bankomatowa. Ze zdjęciem moim i Taty, wydrukowanym na powierzchni.
- Damroka! – usłyszałam głos Taty, nawołujący mnie z dołu. – Ktoś do ciebie.
Zbiegłam po schodach, mało nie łamiąc sobie nóg. I kogo zobaczyłam? Tego oszołoma od życzenia. Stał w korytarzu i oglądał szafkę na buty.
- Mówi, że ma do ciebie ważną sprawę – wyjaśnił Tata. – Trzymaj się.
Kiedy drzwi się za nim zamknęły, a ja zostałam sam na sam z tym wariatem, sama już nie wiedziałam, co o tym myśleć. Powinnam go przegonić, bo kto wie, co takiemu w głowie siedzi, ale kiedy spojrzałam na niego, w te spokojne, zielone oczy, gdzieś w głębi mojej świadomości zapaliła się lampka. Nagle wydał się znajomy, jakbym już kiedyś go widziała, tylko nie wiedziałam kiedy i gdzie. Normalnie ludzie odganiają takie wątłe uczucia, bo codziennie widzą dziesiątki ludzi, a większość z nich to obcy, z którymi dzieli ich jedynie kilka metrów tego samego chodnika, ale ten… sama już nie wiem, jak go nazwać? Wariatem? Niepoczytalnym? W każdym razie on miał coś takiego, nie tylko w oczach, ale w całym sobie, w tej dziwacznie wyglądającej postaci, jakby zbiegłej z kart jakiejś sztuki, że nie potrafiłam wyrzucić go z domu. Nie mogłam nawet nic powiedzieć, patrzyłam się tylko tępo w jego twarz, jakby momentalnie ktoś pozbawił mnie mózgu.
- Mam coś do roboty – wydobyłam w końcu z siebie cztery słowa i poszłam na górę, a Osobistość poczłapał za mną.
Nie wiem, dlaczego powiedziałam akurat to, a nie co innego, co byłoby bardziej stosowne w tej chwili, na przykład „Napijesz się herbaty?”. Osobistość nie zgłosił sprzeciwu, więc raczej nie poczuł się urażony moim brakiem wychowania. Kiedy ja umoczyłam pędzel w puszce z farbą i wznowiłam wcześniej przerwaną pracę, on przysiadł sobie przy ścianie. Dopiero teraz zauważyłam, że miał ze sobą niewielką torbę podróżną.
Przez dwie godziny nie odezwaliśmy się do siebie słowem. Ja malowałam, a on siedział i mnie obserwował. Gdy skończyłam pracę, poszłam do łazienki umyć ręce i twarz, po czym wróciłam do pokoju i usiadłam obok chłopaka.
- Podoba ci się?
- Wygląda lepiej niż poprzednio – odparł. Miał naprawdę miły głos. Nie drażnił ucha, był spokojny i głęboki, taki sam jak jego oczy.
- Też tak sądzę - uśmiechnęłam się. Siedzieliśmy chwilę, zanim znów się odezwałam. – Więc kim jesteś?
- Sam czasami zadaję sobie to pytanie – wzruszył ramionami. – Jestem twoim Opiekunem, Aniołem Stróżem, jak nas nazywacie.
To nie był żart, choć bardzo bym chciała by nim był. Nie da się żartować, zachowując jednocześnie taki wyraz twarzy. Trochę smutny, trochę zakłopotany. Kiedy pierwszy raz wspomniał o moi życzeniu, wtedy, na ganku, przez myśl mi przemknęło, że może to Buba go przysłała. Buba czasami wpada na takie absurdalne pomysły, które zupełnie kłócą się z jej racjonalnym umysłem.
Nie wiem, dlaczego się rozpłakałam. Nie wiem dlaczego w ogóle płakałam. Nic nigdy tych łez nie zapowiadało, żadnego szczypania oczu, znaku ostrzegawczego. Przychodziły nagle, a wtedy nie można było zrobić nic, by je zatrzymać. Chłopak wyciągnął ramię i objął mnie nim i przyciągnął do siebie. Pachniał podróżą, odległym miejscem, ale nie był to zapach potu i kurzu, nie. Było w tym coś z tajemnicy, coś słodkiego ale zarazem gorzkiego. Wdychając tę woń powoli się uspokoiłam i w końcu zapanowałam nad łzami. Wytarłam rękawem mokrą twarz i wyprostowałam się.
- Dziękuję – mruknęłam lekko speszona.
- Nie ma za co – machnął ręką.
- Masz w ogóle jakieś imię?
- Faust – podał mi dłoń, a ja ją uścisnęłam.
- Damroka, ale ty pewnie już to wiesz.
Kiwnął głową z uśmiechem. Ja chyba naprawdę oszalałam. Pozwalam zostać w domu jakiemuś obcemu facetowi, który w dodatku twierdzi, że jest moim Aniołem Stróżem i przybył z Nieba by spełnić moje życzenie. Patrząc na to z perspektywy człowieka logicznie myślącego, to się kupy nie trzyma. Anioły mają przecież skrzydła i aureole i latają sobie wśród chmur, pogrywając na harfach i przyśpiewując jakieś pobożne piosenki. A ten, który siedział obok mnie, był aż zanadto ludzki. Więc dlaczego mu uwierzyłam? Nie wiem. Może tego potrzebowałam, on był dowodem na to, że ktoś Tam jest, ktoś, dla kogo nie jestem nic nieznaczącym punkcikiem na ziemi.
Wiedziałam, że nikt mi nie uwierzy. Ani Tata, ani tym bardziej Buba. Wiedziałam, że będę musiała wymyśleć jakąś historyjkę, by wytłumaczyć obecność Fausta u siebie w domu, i że kiedyś mogą z tego wyniknąć kłopoty. Jednak w tej chwili to wszystko było nieistotne. Siedziałam na podłodze z moim Aniołem Stróżem i uśmiechałam się głupio. Jednak Bóg mnie kocha.
2009-03-15|10:50:05
skomentuj (2)
Wykonanie
Od czego tu zacząć...
Więc tak, rysunek jest mój, dlatego też życzę sobie posostawienie go w spokoju.
Brusze są z... nie wiem, skąd są, ale czyjeś są na pewno. Jakby ktos wiedział, byłabym wdzięczna za pomoc.